Adam Snarski

Autobus do Polski (2) Świąteczna emigracja

I jechaliśmy tak przez mglę, przez doliny – jeden blondyn mówił, że to jak wzloty i upadki w życiu. Nie wiem czy miał rację. Bardziej odczuwałem te doliny i wzgórza w swoim żołądku. Podróżnie różniła się niczym specjalnym do późnego wieczoru. Zaczęło się bardzo klasycznie wręcz standardowo – mówiąc młodzieżowo. Na dworcu stało chyba z pięć autobusów do Polski, okres świąteczny, wcale nie myślałem, że siedzieć będę sam. Były oczywiście takie Panie i tacy Panowie, którzy nie wiedzieli , że jadą w okresie świątecznym i nie myśleli, że trzy swoje bagaże przy normie jednego to za dużo. A to naprawdę nie był autobus do Indii!

Spoglądając przez okno zauważyłem, że dziwnie zaczynamy hamować, oczywistą konsekwencją było zatrzymanie zupełne kół autobusu. Pewnie jakiś korek – pomyślałem.

Po dwudziestu minutach rozległ się głos z komputera pokładowego – autobus uległ awarii. Dalej nie możemy jechać, musimy zaczekać na pomoc.

Dokładnie tak. Nastała sekundowa cisza, która wydawała się trwać wieczność. W tym momencie chyba każdy z nas – pasażerów, poczuł braterskie więzi. Ale jak to? Przecież jutro jest Wigilia! Wszyscy czekają. Na kiedy dojedziemy? Padło takie pytanie. Nie czekając na odpowiedź kierowców wykrzyczałem, że mam nadzieję na Sylwestra zdążymy!

Robiło się coraz zimniej. Ubrałem kurtkę. Którąś z Pan wyciągnęła świeczki – prawie jak na stole wigilijnym, tylko niezapowiedzianych gości, wędrowców zdecydowanie więcej. I tak zaczęły się pojawiać rożne sytuacje, o których chyba nie wypada dzisiaj pisać, tak na pewno nie dzisiaj.

Kiedy usiłowałem zasnąć i przekoczować ten koszmar do ucha docierały nuty kolęd. W sumie bardzo się ucieszyłem, postawiło mnie to na nogi. W moim życiu zawsze ktoś śpiewał. Ja, niestety tylko do słuchawki prysznicowej, ale np. mój dziadek – on to śpiewał „Ułanów” przy wódce. Moja matka szła przez życie z utworem na ustach „ Wielka dama tańczy sama”. A ojciec? Pewnie niekonwencjonalnie i pewnie bardzo nietypowo jak na polską rodzinę towarzyszyła mu jaka to melodia z dźwiękami „Zimny drań”. Wujek Max każdej soboty dawał popis intonując „ W Polskę idziemy”, jednak do śmierci został mieszkańcem małego miasta.
A my? W Świecie, w zimnym, naszym autobusie we mgle na autostradzie, starając się naprawić, zmieniać to co pod naszymi maskami emigracji, próbując jednym głosem. Bo przecież Święta!

Te pieśni po czterech godzinach mocno mnie zirytowały, choć sam przez moment w niebogłosy, nazwijmy to, śpiewałem, bo przecież pochodzę z mocno muzykalnej polskiej rodziny. Gdy cały repertuar się wykończył i któryś z Panów zachciewał śpiewać basowym tonem „ Szla dzieweczka do laseczka”, ujrzałem pierwsze tance w przejściach między siedzeniami. Wyglądało to trochę podobnie mojej ciotki Gieni, która lubiła się nieco zapomnieć, dlatego pierwotnie podrygiwała do „ Wariatka tańczy”, a później nowocześnie „ Jesteś szalona”.

Nie mogę narzekać, naprawdę było inaczej jak co roku. I tak naprawdę takie wydarzenia pokazują, że każdy z nas jest inny – swój czy obcy. Nie ma identycznych ludzi, ani w kraju, ani poza jego terytorium. Tak na dobrą sprawę to tylko język nas wszystkich rożni od siebie. A właśnie! Apropo języka i śpiewających rodzin. Mój brat Whisky śpiewał od urodzenia przy akompaniamencie rakiety do badmintona. Pamiętam. W dodatku po angielsku – eeendzy, ennndzzdzy – dzy – dzy! Tak mniej więcej to brzmiało. Whisky twierdził, że to czysta angielszczyzna, a my tego nie potrafimy zrozumieć.

Ten piękny, świąteczny czas przerwał sprawnie już działający silnik. Ruszyliśmy w drogę na drugą, tym razem ściśle rodzinna Wigilię.

Możliwość komentowania została wyłączona.

Kontakt:

e-mail: kontakt@adamsnarski.pl
telefon: 794 341 765

Media społecznościowe:

adamsnarskipl
burmistrz_snarski
snarski_adam